Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Podziel się...

Rozporządzenie ws. inwestycji...

29 Październik 2020 
Rząd pracuje nad rozporządzeniem, które określi listę inwestycji towarzyszących, która...

Projekt nowelizacji ustawy o...

29 Październik 2020 
Klub KO przygotował projekt nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu i zwalczaniu COVID-19,...

Przesunięcie terminu wejścia...

29 Październik 2020 
Związek Powiatów Polskich alarmuje, że choć nowe Prawo zamówień publicznych ma zacząć...

Osiołkowi w żłoby dano

Data publikacji: 01-12-2011 Autor: Halina Olszowska
Tagi:    olszowska   gwarancja
Autor: Bartłomiej Brosz

Media doniosły, że mało znana siostra znanej aktorki odrzuciła propozycję zagrania w serialu, ponieważ za jedenaście dni zdjęciowych oferowano jej tylko 30 tysięcy, podczas gdy jej sławna siostra za cztery dni harówki miała dostać o 15 tys. więcej. Przypomniało mi to historię Wiktora K., który też czasami miewał takie gwiazdorskie muchy w nosie. Co doprowadziło go zresztą do bezrobocia.

Wiktor K. pracował w niewielkiej, przygranicznej gminie obejmującej zaledwie 30 sołectw, niemającej własnych środków na inwestycyjne fanaberie, takie jak budowa kanalizacji czy remont wiodącej przez wieś drogi. O unijne środki nikt już nie zabiegał, bo te kilka wniosków, które z trudem udało się sformułować, tyle razy wracało do poprawki, że wójt stracił cierpliwość i zaniechał ich składania. Wójt miał tę wadę, że nie ufał swoim podwładnym i to do tego stopnia, że osobiście nie tylko sporządzał wnioski o dotacje, ale nawet niektóre pisma wychodzące na zewnątrz. Także w zakresie nadzoru każda sprawa musiała przejść przez jego ręce, co w oczywisty sposób w nieskończoność wydłużało termin załatwienia sprawy i było uciążliwe tak dla pracowników, jak i petentów.

Potrzeba matką wynalazków

W gminie Wiktor K. zajmował się wszystkim, co mu zostało zlecone, w tym także nielicznymi zamówieniami publicznymi. Zarabiał niewiele ponad 1300 zł netto, nie należał jednak ani do żadnego kółka zbliżonego do wójta, ani do żadnego znaczącego ugrupowania w gminie, więc na awans, a co za tym idzie – na podwyżkę, nie miał co liczyć.

 

Bardziej z nudy niż z potrzeby postanowił się dokształcić na studiach podyplomowych z zakresu zamówień publicznych. Kiedy je ukończył – z miejsca poczuł się doradcą, ekspertem i trenerem w jednym. Miał wrażenie, że nagromadzona wiedza szuka ujścia i jak najszybciej powinien się z kimś tą wiedzą podzielić, ale nie za darmo rzecz jasna.

 

Od kolegów ze studiów dowiedział się, że zamówienia publiczne to niesamowity biznes, tylko trzeba się dobrze zakotwiczyć. Pomyślał, że przecież teraz, z takim wykształceniem, nie będzie się marnował za biurkiem, organizując przetargi na koszenie rowów czy naprawę zardzewiałej wiaty przystankowej, więc trzeba się rozejrzeć za konkretną robotą.

Pełna treść artykułu jest dostępna w papierowym wydaniu pisma.

Spis treści Numer niedostępny Zamów prenumeratę

All rights reserved © 2019 Presscom / Miesięcznik Przetargi Publiczne